ďťż
Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

43 (2)

aretse










Frank Herbert     
  Diuna
   
. 43 .    







    Kiedy religia połączy w jedno prawo i obowiązek, nigdy nie
otworzą ci się oczy, nie uświadomisz sobie w pełni własnej osobowości. Zawsze
będziesz istotą odrobinę niższą od człowieka.
z "Muad'Dib: Dziewięćdziesiąt dziewięć cudów wszechświata"
pióra księżniczki Irulan
    Przemytnicza przetwórnia przyprawy ze
swoim macierzystym statkiem transportowym w otoczeniu brzęczących ornitopterów
nadleciała nad kopce wydm jak chmara owadów z królową. W przedzie przed tą
chmurą rozciągał się jeden ze skalnych grzbietów, które sterczą z dna pustyni
jak miniaturowe imitacje Muru Zaporowego. Suche plaże tego klifu wymiótł do
czysta ostatni huragan.
    W kopule dowodzenia przetwórni Gurney Halleck nastawił soczewki
olejowe lornety i wychylony do przodu badał krajobraz. Za granią zobaczył ciemną
łachę, która mogła być wykwitem przyprawy, dał sygnał ornitopterowi, z lotu
wiszącego wysyłając go na zwiad. Ornitopter kiwnięciem skrzydeł potwierdził
odbiór sygnału. Oderwał się od stada i schodząc ślizgiem nad pociemniały piasek
okrążył tę plamę, z wykrywaczami zwieszonymi tuż nad powierzchnią. Prawie
natychmiast złożył skrzydła i wykonał korkociąg sygnalizując w ten sposób
oczekującej przetwórni, że znaleźli przyprawę.
    Gurney schował lornetę do futerału, pewny, że reszta widziała
sygnał. Podobał mu się ten zakątek. Grań dawała jakąś osłonę i zabezpieczenie.
Mało prawdopodobne miejsce na zasadzkę, tak daleko w pustyni... tym niemniej...
Gurney dał znak jednej z załóg, by zawisła nad granią i przeczesała ją -
rozesłał odwody na stanowiska w kolistej formacji nad całym tym terenem, niezbyt
wysoko, żeby ich nie dostrzegły z daleka harkonneńskie wykrywacze. Aczkolwiek
wątpił w obecność harkonneńskich patroli tak głęboko na południu, był to ciągle
kraj Fremenów.
    Gurney sprawdził broń, klnąc los, który sprawił, że tarcze były
tu bezużyteczne. Wszystkiego, co mogło zwabić czerwia, należało unikać za
wszelką cenę. Pocierając bliznę od krwawinu na brodzie, studiował teren,
dochodząc do wniosku, że najbezpieczniej będzie przeprowadzić naziemny oddział
granią. Pieszy zwiad był zawsze najpewniejszy. Ostrożność nigdy nie zawadzi,
kiedy Fremeni są z Harkonnenami na noże. Bo Fremenami się niepokoił. Nie mieli
nie przeciwko temu, by przehandlować tyle przyprawy, na ile cię tylko stać, lecz
na ścieżce wojennej zamieniali się w diabły, jeśli ktoś postawił stopę tam,
gdzie zabronili wstępu. I byli tak szatańsko przebiegli ostatnio. Irytowało to
Gurneya, ta przebiegłość i sprawność, bojowa tubylców. Wykazywali kunszt wojenny
przewyższający wszystko, z czym się kiedykolwiek zetknął, a szkolony był przez
najlepszych wojowników we wszechświecie, zaś ostrogi zdobywał w bojach, z
których tylko garstka najlepszych wyszła cało. Ponownie Gurney zbadał teren
zastanawiając się, dlaczego czuje się nieswojo. Może to z powodu tego czerwia,
którego widzieli.., ale on był po drugiej stronie grani.
    Do kopuły dowodzenia zajrzała głowa, która należała do kapitana
przetwórni - jednookiego, doświadczonego pirata z gęstą brodą, błękitną źrenicą
i mlecznobiałymi od spożywania przyprawy zębami.
    - Wygląda na bogaty zagon, sir - powiedział kapitan przetwórni.
- Zwijać żagle?
    - Zejdź do podnóża urwiska - polecił Gurney. - Daj mi wyładować
się z moimi ludźmi. Możesz stamtąd dojechać do przyprawy na gąsienikach. My
obejrzymy sobie tę skałę.
    - Tak jest.
    - W razie czego - powiedział Gurney - ratuj przetwórnię. My
zabierzemy się w ornitopterach.
    Kapitan przetwórni zasalutował.
    - Tak jest, sir.
    Zniknął w luku. Gurney jeszcze raz obiegł spojrzeniem horyzont.
Musi się liczyć z ewentualnością, że są tu Fremeni, on zaś wkracza na ich
terytorium. Fremeni nie dawali mu spokoju przez swą brutalność i
nieobliczalność. Wiele spraw w tym interesie nie dawało mu spokoju, chociaż
zyski przynosił ogromne. Fakt, że nie mógł wysłać szperaczy wysoko na niebo,
również, nie dawał mu spokoju. Konieczność zachowania ciszy radiowej jeszcze ten
niepokój zwiększała.
    Gąsienik przetwórni zawrócił, zaczął opadać. Łagodnym ślizgiem
zszedł na suchą plażę u stóp grani. Bieżniki dotknęły piasku. Gurney odkrył
kopułę kabiny, odpiął pasy bezpieczeństwa. W momencie znieruchomienia przetwórni
był na zewnątrz; zatrzasnął za sobą kopułę i wyszedł na osłony bieżników, z
których rozhuśtawszy się opadł na piasek za siatką zabezpieczającą. Jego
pięcioosobowa straż przyboczna Znalazła się na ziemi razem z nim, wyłoniwszy się
z luku dziobowego. Inni zwolnili skrzydło transportowe przetwórni. Odłączyło się
i odleciało wchodząc na koło parkingowe nisko nad nimi. Ogromny gąsienik
przetwórni natychmiast odtoczył się wykręcając od grani w kierunku ciemnego
zagonu przyprawy widocznego opodal na piasku. W pobliżu opadł ornitopter,
wyhamowując poślizgiem. Za nim następny i jeszcze jeden. Wyrzuciły z siebie
pluton Gurneya i wzbiwszy się zawisły w powietrzu.
    Gurney przeciągnął się próbując mięśni pod filtrfrakiem.
Odrzucił z twarzy maskę filtru, tracąc wilgoć w imię wyższej konieczności -
zwiększenia zasięgu głosu na wypadek, gdyby przyszło mu wydawać komendy. Ruszył
w górę pomiędzy skały badając teren - kamyki i żwir pod nogami, woń przyprawy w
powietrzu. Dobra lokalizacja na bazę awaryjną - pomyślał, byłoby dobrze schować
tu trochę materiałów. Obejrzał się i patrzył, jak jego ludzie podążają za nim
rozsypując się w tyralierę. Dobrzy ludzie, nawet ci nowi, których nie miał kiedy
wypróbować. Dobrzy. Nie trzeba powtarzać im za każdym razem, co mają robić.
Żaden nawet nie zamigotał tarczą. Ani jednego tchórza w tym gronie obnoszącego
się z tarczą po pustyni, gdzie czerw wyczuwając jej pole przybyłby i obrabował
ich ze znalezionej przyprawy. Ze swej niewielkiej wysokości spośród skał Gurney
widział zagon przyprawy w odległości około pół kilometra i gąsienik docierający
właśnie do jego bliższej krawędzi. Zerknął w górę na eskadrę osłony obserwując
pułap, czy nie za wysoki. Kiwnąwszy głową odwrócił się, by podjąć wspinaczkę na
grań. W tym momencie grań wybuchła. Dwanaście huczących trajektorii ognia
rzygnęło w niebo ku zawieszonym w powietrzu ornitopterom i skrzydłu
transportowemu. Od gąsienika dobiegł wizg metalu i skały dokoła Gurneya
zapełniły się wojownikami w kapturach. Gurney miał jedynie czas pomyśleć: Na
rogi Wielkiej Macierzy! Rakiety! Ośmielili się użyć rakiet! Po czym znalazł się
twarzą w twarz z zakapturzoną, nisko pochyloną postacią trzymającą krysnóż w
gotowości. Dwóch innych ludzi stało wyczekująco na skałach ponad nią, z lewej i
z prawej strony. Gurney widział jedynie oczy wojownika przed sobą, między
kapturem a zasłoną burnusa barwy piasku, lecz pochylenie i gotowość ostrzegły
go, że ma do czynienia z wyszkolonym do walki człowiekiem, były to błękitne w
błękicie oczy Fremena z głębi pustyni.
    Gurney wykonał ręką ruch do własnego noża, nie spuszczając oczu
z klingi przeciwnika. Skoro ośmielili się użyć rakiet, będą mieli i inną broń
miotającą. W tej sytuacji niezbędna jest najwyższa ostrożność. Z samych odgłosów
poznawał, że strącono, przynajmniej część jego osłony powietrznej. Dobiegały też
z tyłu pomruki i zgiełk walki wręcz. Oczy wojownika stojącego przed Gurneyem
powędrowały za ruchem ręki w stronę noża, po czym cofnęły się i utkwiły
spojrzenie w jego oczach.
    - Zostaw ten nóż w pochwie, Gurneyu Hallecku - powiedział
mężczyzna.
    Gurney zawahał się. Ten głos pomimo maski filtrfraka brzmiał
dziwnie znajomo.
    - Znasz moje imię? - zagadnął.
    - Na mnie niepotrzebny ci nóż, Gurney - rzekł mężczyzna.
Wyprostował się wsuwając swój krysnóż z powrotem do pochwy pod burnusem.
    - Każ swoim ludziom przerwać beznadziejny opór.
    Mężczyzna zrzucił kaptur, odsunął maskę. To, co Gurney
zobaczył, wprawiło go w osłupienie. W pierwszej chwili wydawało mu się, że
spogląda na widmo księcia Leto Atrydy. Prawda docierała do niego powoli.
    - Paul - szepnął. I już głośniej: - Czyżby to Paul?
    - Nie wierzysz własnym oczom? - zapytał Paul.
    - Mówili, że nie żyjesz - wychrypiał Gurney. Zrobił pół kroku
do przodu.
    - Każ poddać się swoim ludziom - zakomenderował Paul.
    Skinął w stronę niższych rejonów grani. Gurney obrócił się, z
trudem odrywając wzrok od Paula. Zobaczył parę zaledwie grup walczących.
Wydawało się, że zakapturzeni ludzie pustyni są wszędzie dokoła. Gąsienik tkwił
nieruchomo, na jego dachu stali Fremeni. W górze nie było żadnego statku.
    - Przerwać walkę - ryknął Gurney. Zaczerpnął głęboko powietrza,
zwinął dłonie w trąbkę. - Mówi Gurney Halleck! Przerwać walkę!
    Z wolna, nieufnie, walczące postacie rozdzieliły się. Zwróciły
się ku niemu pytające spojrzenia.
    - To są przyjaciele - zawołał Gurney.
    - Ładni mi przyjaciele! - odkrzyknął ktoś. - Wymordowali połowę
naszych.
    - To nieporozumienie - powiedział Gurney. - Nie pogarszajcie
sytuacji.
    Obrócił się z powrotem do Paula, wlepiając wzrok w błękitno
błękitne fremeńskie oczy młodzieńca. Uśmiech przemknął po wargach Paula, lecz w
wyrazie jego twarzy była zaciętość przypominająca Gurneyowi starego księcia,
dziadka Paula. Wtem Gurney dostrzegł w Paulu twardość stali nie spotykaną nigdy
dotąd u Atrydy - skóra przypominająca rzemień, patrzące z ukosa oczy i
wyrachowanie w spojrzeniu, które jak gdyby ważyło wszystko w polu widzenia.
    - Mówili, że nie żyjesz - powtórzył.
    - Wydawało się to najlepszą obroną; pozwolić im tak myśleć -
powiedział Paul.
    Gurney zdał sobie sprawę, że oto całe zadośćuczynienie, jakiego
może oczekiwać za pozostawienie go własnemu losowi, pozostawienie go w
przekonaniu, że jego mały książę... jego przyjaciel... nie żyje. Zastanowił się
wtedy, czy w ogóle przetrwało w nim coś z chłopca, którego znał i szkolił w
umiejętnościach wojowników. Paul zrobił krok w stronę Gurneya, poczuł, że pieką
go oczy.
    - Gurney...
    To stało się jakby samo - obejmowali się i klepali nawzajem po
plecach, odnajdując w tym kontakcie bezpośrednim siebie nawzajem.
    - Ty mały szczeniaku! Ty mały szczeniaku! - w kółko powtarzał
Gurney.
    A Paul:
    . - Gurney, chłopie! Gurney, chłopie!
    Po chwili rozłączyli się, popatrując po sobie. Gurney odetchnął
głęboko.
    - Więc to za twoją sprawą Fremeni tak się wycwanili w taktyce
walki. Powinienem był się domyślić. Bez przerwy robią rzeczy, jakbym to ja sam
je zaplanował. Gdybym tylko wiedział. - Pokręcił głową. - Gdybyś tylko dał mi
znak, chłopaku. Nie by mnie nie powstrzymało. Przyleciałbym jak na skrzydłach...
- Wyraz oczu Paula powstrzymał go... twarde, wymowne spojrzenie. Gurney
westchnął. - Jasne, i znaleźliby się tacy, co by się zastanowili, dlaczego
Gurney Halleck poleciał jak na skrzydłach, a niektórzy zadaliby sobie więcej
trudu niż tylko postawienie pytania. Zabraliby się do szukania odpowiedzi.
    Paul kiwnął głową, zerkając na czekających wokoło Fremenów, na
zaciekawione i taksujące twarze fedajkinów. Wrócił spojrzeniem od komandosów
śmierci do Gurneya. Fakt, że odnalazł swojego dawnego mistrza miecza, wprawił go
w euforię. Widział w tym dobry omen, znak, że znajduje się na kursie
przyszłości, gdzie wszystko układa się dobrze. Z Gurneyem u boku... Sięgnął
spojrzeniem poza fedajkinów na grani i przyjrzał się przemytniczej załodze
przybyłej z Halleckiem.
    - Po której stronie stoją twoi ludzie, Gurney? - zapytał.
    - Wszyscy są przemytnikami - powiedział Gurney. - Oni stoją po
stronie zysku.
    - Niewielki zysk w naszym interesie - rzekł Paul dostrzegając
nieznaczny sygnał nadany mu przez Gurneya palcami prawej dłoni; był to ich stary
kod migowy z dawnych czasów. W załodze przemytników byli ludzie, których
należało się obawiać i którym nie należało dowierzać. Paul skubnął wargę
pokazując, że zrozumiał, podniósł oczy na ludzi czuwających na skałach ponad
nimi. Dojrzał tam Stilgara. Wspomnienie nie rozwiązanego problemu ze Stilgarem
ochłodziło nieco upojenie Paula.
    - Stilgar - powiedział - to jest Gurney Halleck.októrymci
nieraz opowiadałem. Wielki wojski mego ojca, jeden z mistrzów miecza, którzy
mnie szkolili, stary przyjaciel. Można mu ufać w każdej sprawie.
    - Widzę - rzekł Stilgar. - Jesteś jego księciem.
    Paul spoglądał w ciemne oblicze nad sobą głowiąc się nad
powodami, które skłoniły Stilgara, by powiedzieć właśnie to: "jego księciem". W
głosie Stilgara była dziwna nieuchwytna intonacja, jakby pragnął raczej
powiedzieć coś innego. To zaś nie pasowało do Stilgara, będącego przywódcą
Fremenów, człowiekiem mówiącym to, co myśli.
    Moim księciem! - pomyślał Gurney. Spojrzał nowym okiem na
Paula. - Tak, wraz ze śmiercią Leto tytuł przechodził na Paula.
    Schemat wojny fremeńskiej na Arrakis zaczął nabierać nowego
kształtu w głowie Hallecka. Mój książę! Miejsce, które było w nim martwe,
zaczęło powracać do życia. Jedynie część jego świadomości skupiła się na wydanym
przez Paula zarządzeniu, by rozbroić załogi przemytników do czasu ich
przesłuchania. Świadomość Gurneya powróciła do władzy, kiedy usłyszał protesty
wśród swoich ludzi. Potrząsnął głową, obrócił się jak fryga.
    - Czy wy, ludzie, pogłuchliście? - warknął. - To jest prawowity
książę na Arrakis. Róbcie, co każe.
    Przemytnicy poddali się sarkając. Paul przysunął się do
Gurneya, ściszył głos.
    - Że ty wpadniesz w tę pułapkę, tego bym się nie spodziewał,
Gurney.
    - Otrzymałem zasłużoną nauczkę - odparł Gurney. - Założę się,
iż tenże zagon przyprawowy to nie innego, jak warstwa grubości ziarnka piasku,
przynęta, żeby nas zwabić.
    - Wygrałbyś taki zakład - powiedział Paul. Spojrzał w dół na
rozbrajanych ludzi.
    - Jest jeszcze któryś z ludzi mojego ojca wśród twej załogi?

    - Nikt. Porozchodziliśmy się. Kilku jest między wolnymi
kupcami. Większość wydała swe przychody na wyjazd stąd.
    - Lecz ty zostałeś.
    - Ja zostałem.
    - Ponieważ jest tu Rabban - rzekł Paul.
    - Sądziłem, że nie pozostało mi nie prócz zemsty - powiedział
Gurney.
    Ze szczytu grani dobiegł dziwacznie urwany krzyk. Podniósłszy
oczy Gurney ujrzał powiewającego chustą Fremena.
    - Stworzyciel przybywa - rzekł Paul.
    Wiodąc za sobą Gurneya wyszedł na skalny przylądek i spojrzał w
dal na południowy zachód. Kopiec czerwia widniał niezbyt daleko, zwieńczony
pyłem trop, który przecinał wydmy kierując się prosto na grań.
    - Spory - zauważył Paul.
    Od gąsienika przetwórni pod nimi wzbiło się klekotanie.
Gąsienik wykręcił na swych bieżnikach jak ogromny owad i poturlał się ku skałom.

    - Szkoda, że nie udało nam się ocalić zgarniarki - powiedział
Paul.
    Gurney zerknął na niego, obejrzał się na połacie dymu i
rumowiska w głębi pustyni, gdzie zgarniarki i ornitoptery spadły strącone
fremeńskimi rakietami. Poczuł nagły ból i żal za poległymi tam ludźmi - jego
ludźmi - i powiedział:
    - Twój ojciec bardziej by się przejął ludźmi, których nie udało
się ocalić.
    Paul przeszył go twardym spojrzeniem, spuścił oczy. Po chwili
odezwał się:
    - To byli twoi przyjaciele, Gurney. Ja rozumiem. Dla nas jednak
byli intruzami. którzy mogli zobaczyć to, czego nie powinni. Musisz to
zrozumieć.
    - Rozumiem to wystarczająco dobrze - powiedział Gurney. - I
chętnie teraz zobaczę to, czego nie powinienem.
    Paul podniósł wzrok i ujrzał dawny, dobrze znany wilczy uśmiech
na twarzy Hallecka, marszczący mu krwawinową bliznę na brodzie. Gurney wskazał
ruchem głowy pustynię pod nimi. Fremeni uwijali się po całym terenie. Uderzyło
go, że żaden z nich nie wyglądał na Zaniepokojonego nadciąganiem czerwia. Z
otwartych wydm poza oszukaną plamą przyprawy dobiegło dudnienie - głuchy werbel
odbierany jakby za pośrednictwem stóp. Gurney zobaczył Fremenów rozsypujących
się po piasku na szlaku czerwia. Czerw nadchodził prując powierzchnię niby jakaś
olbrzymia ryba - jego pierścienie wiły się i falowały. Wkrótce ze swego
dogodnego punktu obserwacyjnego na wzniesieniu Gurney ujrzał, jak dosiadają
czerwia - śmiały skok pierwszego hakarza, potem obrót stworzenia i wreszcie cała
grupa ludzi wdrapała się na górę po łuskowatej, połyskliwej krzywiźnie boku
czerwia.
    - Oto jedna z rzeczy, jakich nie powinieneś oglądać - rzekł
Paul.
    - Krążyły opowieści i plotki - powiedział Gurney. - Ale to jest
coś, w co nie da się uwierzyć bez zobaczenia. - Potrząsnął głową. - Stworzenie,
którego boją się wszyscy ludzie na Arrakis, wy traktujecie jak wierzchowca.
    - Słyszałeś, jak mój ojciec mówił o potędze pustyni - rzekł
Paul. - Oto i ona. Powierzchnia tej planety jest nasza. Żaden samum ni
stworzenie, ani nawet najgorsze warunki nas nie powstrzymają.
    Nas - pomyślał Gurney. - To znaczy Fremenów. On mówi o sobie
jako o jednym z nich. Ponownie popatrzył na przyprawowy błękit w oczach Paula.
Jego własne oczy, o czym wiedział, przybrały lekki odcień tego koloru, jednak
przemytnicy mieli dostęp do artykułów spożywczych spoza planety i odcień oczu
był u nich związany z subtelnym podziałem kastowym. Mówili o "maźnięciu
przyprawowym pędzlem" - mając na myśli, że człowiek się zbytnio zasymilował. I
zawsze towarzyszyła temu nuta nieufności.
    - Był czas, kiedy nie dosiadaliśmy stworzyciela w świetle dnia
na tych szerokościach - powiedział Paul. - Lecz Rabbanowi pozostała zbyt mała
osłona powietrzna, żeby mógł ją marnować na poszukiwanie paru kropek na piasku.
- Popatrzył na Gurneya. - Twój statek powietrzny w tym miejscu był dla nas
szokiem.
    Dla nas... dla nas... - Gurney potrząsnął głową, by odegnać te
myśli.
    - Byliśmy mniejszym szokiem dla was, niż wy dla nas -
powiedział.
    - Co mówi się po nieckach i osadach o Rabbanie? - zapytał Paul.

    - Mówi się, że ufortyfikowali osady w graben do takiego
stopnia, że nie im nie zrobicie. Mówi się, że wystarczy im tylko siedzieć za
szańcami i czekać, aż wyniszczycie się w daremnym ataku.
    - Jednym słowem - rzekł Paul - są unieruchomieni.
    - Podczas gdy ty możesz poruszać się, gdzie zechcesz -
dokończył Gurney.
    - Tej taktyki nauczyłem się od ciebie - rzekł Paul. - Oni
stracili inicjatywę, co znaczy, że przegrali wojnę.
    Gurney uśmiechnął się przeciągle, porozumiewawczo.
    - Nasz wróg jest dokładnie tam, gdzie chcę, aby był - rzekł
Paul, zerknął na Gurneya. - No to jak, Gurney, zaciągasz się do mnie na finisz
kampanii?
    - Zaciągasz? - Gurney wlepił w niego oczy. - Mój panie, ja
nigdy nie porzuciłem służby u ciebie. To ty mnie porzuciłeś... przekonanego, że
nie żyjesz. A ja, pozostawiony własnemu losowi, przeprowadziłem rachunek
sumienia, jak umiałem, i czekałem na chwilę, kiedy mógłbym sprzedać swoje życie
za tyle, ile jest ono warte - za śmierć Rabbana.
    Paul umilkł w zakłopotaniu. Jakaś kobieta pięła się do nich po
skałach, jej oczy, widoczne pomiędzy kapturem filtrfraka a maską twarzy,
przerzucały się z Paula na jego towarzysza i z powrotem. Zatrzymała się przed
Paulem. Gurney zauważył poczucie własności w jej postawie, w tym, jak stała
blisko Paula.
    - Chani - powiedział Paul - to jest Gurney Halleck. Słyszałaś o
nim ode mnie.
    Spojrzała na Hallecka i ponownie na Paula.
    - Słyszałam.
    - Dokąd pojechali ludzie na stworzycielu? - zapytał Paul.
    - Tylko zawrócili go, by dać nam czas na uratowanie sprzętu.

    - No to... - Paul urwał, węsząc w powietrzu.
    - Wiatr idzie - powiedziała Chani.
    Ze szczytu grani rozległ się głos:
    - Hej tam! Wiatr!
    Teraz Gurney zauważył ożywiony ruch wśród Fremenów, pośpiech w
ich bieganinie. Coś, czego nie sprawił czerw, dokonała obawa przed wiatrem.
Gąsienik wgramolił się na suchą plażę u ich stóp i w skałach otworzyło się dla
niego przejście... po czym skały zamknęły się za nim tak precyzyjnie, że tunel
zniknął mu z oczu.
    - Dużo macie takich kryjówek? - zapytał Gurney.
    - Dużo razy dużo - odparł Paul. Spojrzał na Chani. - Znajdź
Korbę. Powiedz mu o ostrzeżeniu Gurneya, że wśród tej przemytniczej załogi są
ludzie, którym nie należy ufać.
    Chani rzuciła okiem na Gurneya, na Paula.. skinęła głową i
pomknęła na dół skacząc po kamieniach ze zręcznością gazeli.
    - To twoja kobieta - powiedział Gurney.
    - Matka mojego pierworodnego - rzekł Paul. - Atrydzi mają
następnego Leto.
    Gurney skwitował to jedynie rozszerzeniem oczu. Paul obserwował
krzątaninę wokół nich krytycznym okiem. Barwa curry zdominowała już południowy
nieboskłon i nadchodziły kapryśne porywy i podmuchy wiatru, siekąc ich pyłem po
głowach.
    - Zapnij filtrfrak - powiedział Paul. I zamocował swoją maskę
oraz kaptur wokół twarzy. Gurney wykonał polecenie, błogosławiąc filtry. Paul
zapytał stłumionym przez filtr głosem:
    - Którym ze swej załogi nie dowierzasz, Gurney?
    - Jest trochę nowych rekrutów. Pozaświatowców... - Umilkł
dziwiąc się sobie nagle. Pozaświatowców. Z jaką łatwością przyszło mu to słowo.

    - Tak? - powiedział Paul.
    - Nie przypominają zwykłej zbieraniny niebieskich ptaków, jaka
nam się dostaje - rzekł Gurney. - Są twardsi.
    - Harkonneńscy szpiedzy? - spytał Paul.
    - Myślę, mój panie, że oni nie meldują się nikomu z
Harkonnenów. Podejrzewam, że są to ludzie w służbie imperialnej. Jest na nich
nieuchwytne piętno Salusa Secundus.
    Paul przeszył go ostrym spojrzeniem.
    - Sardaukarzy?
    Gurney wzruszył ramionami.
    - Być może, ale to jest doskonale zakamuflowane.
    Paul pokiwał głową myśląc, jak łatwo Gurney z powrotem wpadł w
koleiny członka świty atrydzkiej... chociaż z subtelnymi zahamowaniami...
różnicami. Jego też zmieniła Arrakis.
    Dwaj zakapturzeni Fremeni wyłonili się ze skalnej szczeliny pod
nimi i zaczęli wspinać się na górę. Jeden z nich dźwigał duży tobół na
ramieniu..
    - Gdzie są teraz moi ludzie? - zapytał Gurney.
    - Pod skałami, w bezpiecznym miejscu - powiedział Paul. - Mamy
tu jaskinię, Grotę Ptaków. Po burzy zadecydujemy, co z nimi zrobić.
    Z góry zawołał jakiś głos:
    - Muad'Dib!
    Paul odwrócił się na wołanie, zobaczył fremeńskiego wartownika
wzywającego ich gestem na dół do jaskini. Dał znak, że słyszy. Gurney przyglądał
mu się z nowym wyrazem twarzy.
    - Ty jesteś Muad'Dibem? - zapytał. - Ty jesteś tym błędnym
ognikiem pustyni?
    - To moje fremeńskie imię - powiedział Paul.
    Gurney odwrócił się od niego, przybity ogarniającym go złym
przeczuciem. Połowa jego własnej załogi leżała martwa na piasku, reszta była w
niewoli. Nie obchodzili go nowi rekruci, ci podejrzani, lecz wśród pozostałych
byli dobrzy ludzie, przyjaciele, ludzie, za których czuł się odpowiedzialny. "Po
burzy zadecydujemy, co z nimi zrobić".
    Tak powiedział Paul, tak Muad'Dib powiedział. I Gurney
wspomniał historie opowiadane o Muad'Dibie, o Lisanie al - Gaibie: że zdarł
skórę z harkonneńskiego oficera na obicie bębna, że był otoczony komandosami
śmierci, fedajkinami, którzy rzucili się w bój ze swym psalmem śmierci na
ustach. I to był Paul.
    Dwaj Fremeni, którzy wdrapywali się na skały, wskoczyli lekko
na skalną półkę przed Paulem. Pierwszy, o ciemnej twarzy, powiedział:
    - Wszystko zabezpieczone, Muad'Dibie. Lepiej chodźmy już na
dół.
    - Tak jest.
    Gurney odnotował ton głosu tego mężczyzny - ni to komendy, ni
to prośby. To był człowiek zwany Stilgarem, inna postać z nowych fremeńskich
legend. Paul spojrzał na tobół taszczony przez drugiego mężczyznę.
    - Korba, co jest w tobole?
    Odpowiedział Stilgar:
    - To z gąsienika, były na tym inicjały tego tutaj twojego
przyjaciela, a w środku baliseta. Wiele razy słyszałem, jak mówiłeś o
nadzwyczajnej biegłości Gurneya Hallecka w grze na balisecie.
    Gurney bacznie przypatrywał się mówiącemu - zauważył brzeg
czarnej brody nad maską filtrfraka, jastrzębie spojrzenie, ostro rzeźbiony nos.

    - Masz kompana, który myśli, mój panie - powiedział Gurney. -
Dziękuję ci, Stilgarze.
    Stilgar skinął na swego towarzysza, by przekazał tobołek
Gurneyowi.
    - Podziękuj swojemu panu księciu. Jego rękojmia daje ci wstęp
tutaj.
    Gurney wziął tobół, zaintrygowany - twardymi nutami w tej
rozmowie. W postawie tego człowieka było cos wyzywającego i Gurney zachodził w
głowę, czy to przypadkiem nie uczucie zazdrości. Oto pojawił się ktoś zwany
Gurneyem Halleckiem, kto zna Paula jeszcze sprzed czasów Arrakis, człowiek,
którego udziałem jest zażyłość zamknięta na zawsze przed Stilgarem.
    - Chciałbym, żebyście wy dwaj zostali przyjaciółmi - powiedział
Paul.
    - Stilgar Fremen to głośne imię - rzekł Gurney. - Zresztą
każdego zabójcę Harkonnenów czułbym się zaszczycony zaliczyć do swoich
przyjaciół.
    - Czy uściśniesz dłoń mojego przyjaciela Gurneya Hallecka,
Stilgarze? - zapytał Paul.
    Stilgar z wolna wyciągnął ręce, zamknął w uścisku stwardniałą
od miecza prawicę Gurneya.
    - Mało jest takich, co nie słyszeli imienia Gurneya Hallecka -
powiedział i zwolnił uścisk. Obrócił się do Paula:
    - Wali na nas samum.
    - Rozkaz - rzekł Paul.
    Stilgar zawrócił prowadząc ich w dół przez skały krętą, pełną
pętli ścieżką do cienistej szczeliny, która kończyła się niskim wylotem jaskini.
Ludzie pośpiesznie zamocowali za nimi grodź. Kule świętojańskie ukazały rozległą
nakrytą kopułą przestrzeń, wycięty w bocznej ścianie występ, a za nim otwór
korytarza. Paul wskoczył na występ i powiódł depczącego mu po piętach Gurneya w
głąb korytarza. Pozostali skierowali się do drugiego tunelu naprzeciwko wejścia.
Paul minął przedsionek i wkroczył do komnaty z draperiami koloru
ciemnoczerwonego wina na ścianach.
    - Mamy tutaj chwilę dla siebie - powiedział. - Inni uszanują
moje...
    W przedsionku zabrzęczał alarmowy czynel; po nim rozległy się
krzyki i szczęk broni. Paul zakręcił się na pięcie i wypadł przez przedsionek z
powrotem na próg atrium górujący nad zewnętrzną salą. Gurney znalazł się tuż za
nim z dobytą bronią. W dole na podłodze groty wirował kłąb walczących postaci.
Paul stał przez moment taksując scenę i oddzielając fremeńskie burnusy i burki
od strojów przeciwników. Zmysły, wyszkolone przez matkę w wykrywaniu
najniklejszych wskazówek, uchwyciły znamienny fakt; Fremeni walczyli z ludźmi
noszącymi szaty przemytników, lecz ci przemytnicy przywarowali po trzech,
zbijając się pod naporem w trójkąty. Ten zwyczaj walki wręcz był legitymacją
sardaukarów imperialnych. Jakiś fedajkin z tłumu dostrzegł Paula i jego bojowy
okrzyk przetoczył się echem po sali:
    - Muad'Dib! Muad'Dib! Muad'Dib!
    Inne oko również wyłowiło Paula. Śmignął ku niemu czarny nóż.
Paul uchylił się. usłyszał za sobą brzęk stali o kamień, zobaczył, jak Gurney
podnosi nóż. Trójkątne grupki wypierano teraz w głąb. Gurney podsunął nóż
Paulowi pod oczy, wskazując włos spirali żółtej imperialnej barwy, złotą lwią
grzywę, wielopłaszczyznowe oczy na gałce rękojeści. Sardaukarzy bez żadnych
wątpliwości.
    Paul wysunął się na skraj półki. Pozostało jedynie trzech
sardaukarów. Zakrwawione szmaciane wzgórki sardaukarów i Fremenów zalegały salę
zawiłym deseniem.
    - Stać! - krzyknął Paul. - Książę Paul Atrydą nakazuje wam
przerwać walkę!
    Walczący zachwiali się, zawahali.
    - Sardaukarzy! - zawołał Paul do ocalałej trójki. - Z czyjego
rozkazu podnosicie rękę na panującego księcia? - I dodał prędko, gdy jego ludzie
zaczęli zaciskać pierścień wokół sardaukarów: - Stać, mówię!
    Jeden z osaczonej trójki wyprostował się.
    - Kto mówi, że jesteśmy sardaukarami? - zapytał.
    Paul wziął od Gurneya nóż i podniósł go wysoko.
    - To mówi.
    - A kto mówi, że ty jesteś panującym księciem? - zapytał ten
sam mężczyzna.
    Paul wskazał ręką fedajkinów.
    - Ci ludzie mówią, że jestem panującym księciem. Wasz własny
Imperator nadał Arrakis rodowi Atrydów. A ród Atrydów to ja.
    Sardaukar milczał, wiercąc się nerwowo. Paul przypatrywał się
mężczyźnie - wysoki, o płaskiej twarzy, z bladą szramą przez pół policzka. Jego
postawa zdradzała złość i zakłopotanie, lecz była w nim nadal owa duma, bez
której sardaukar wydaje się nagi, i z którą nagi wydaje się kompletnie ubrany.
Paul rzucił okiem na jednego z poruczników swoich fedajkinów.
    - Korba, jak do tego doszło, że mają broń?
    - Zachowali noże poukrywane w przemyślnych kieszeniach
filtrfraków - powiedział porucznik.
    Paul zlustrował zabitych i rannych po drugiej stronie sali i
znów spojrzał na porucznika. Niepotrzebne były słowa.
    Porucznik spuścił oczy.
    - Gdzie jest Chani? - zapytał i czekając na odpowiedź wstrzymał
oddech.
    - Ulotnił się z nią Stilgar - Korba skinął głową w stronę
drugiego korytarza. spojrzał na zabitych i rannych. - Ponoszę odpowiedzialność
za ten błąd. Muad'Dibie.
    - Ilu było tych sardaukarów, Gurney? - spytał Paul.
    - Dziesięciu.
    Paul zeskoczył zwinnie na podłogę, pomaszerował na przełaj
przez salę zatrzymując się w zasięgu ręki rzecznika sardaukarów. Fedajkinów
ogarnęła atmosfera napięcia. Nie podobało im się to jego wystawianie się na
niebezpieczeństwo. Do tego właśnie ślubowali nie dopuścić, ponieważ Fremeni
pragnęli zachować mądrość Muad'Diba. Nie odwracając się Paul zapytał swego
porucznika.
    Jakie mamy straty w ludziach?
    - Czterech rannych, dwóch zabitych, Muad'Dibie.
    Paul spostrzegł ruch za sardaukarem. W wylocie drugiego
korytarza stanęła Chani ze Stilgarem. Z powrotem skupił uwagę na sardaukarze,
przyglądając się pozaświatowym białkom oczu rzecznika.
    - Twoje imię? - zapytał Paul.
    Mężczyzna sprężył się, rzucił okiem na lewo i na prawo.
    - Nie próbuj tego - powiedział Paul. - Dla mnie jest jasne, że
kazano wam odszukać i zabić Muad'Diba. Ręczę, że to wyście zasugerowali
poszukiwania przyprawy w głębokiej pustyni.
    Sapnięcie Gurneya za jego plecami wywołało nikły uśmiech na
wargach Paula.
    Krew napłynęła sardaukarowi do twarzy.
    - To, co widzisz przed sobą, to coś więcej niż Muad'Dib -
powiedział Paul. - Siedmiu was nie żyje za dwóch naszych. Trzech za jednego.
Niezgorzej, jak na walkę z sardaukarami, co?
    Mężczyzna wspiął się na palce i opadł, gdy fedajkini zacisnęli
krąg.
    - Pytałem o twoje imię - rzekł Paul i przywołał na pomoc
subtelności Głosu:
    - Mów, jak się nazywasz!
    - Kapitan Aramszam, z sardaukarów imperialnych! - wyrzucił z
siebie mężczyzna.
    Szczęka mu opadła. Skonfundowany wytrzeszczył oczy na Paula.
Prysła jego poza, polegająca na ignorowaniu tej jaskini jako nory barbarzyńców.

    - Cóż, kapitanie Aramszam, Harkonnenowie drogo by zapłacili,
żeby się dowiedzieć tego, co ty wiesz. A Imperator - czegóż by nie dał za
wiadomość, że Atrydzi nadal żyją pomimo jego zdrady.
    Kapitan rozejrzał się na boki, na dwóch ludzi, którzy mu
pozostali. Paul niemalże widział, jak ten człowiek waży myśli. Sardaukar nie
poddaje się, lecz Imperator musi się dowiedzieć o tej groźbie. Wciąż
wykorzystując Głos, Paul powiedział:
    - Poddaj się, kapitanie.
    Bez żadnego ostrzeżenia mężczyzna z lewej strony kapitana
skoczył na Paula, nadziewając się piersią na błysk noża swego własnego dowódcy.
Atakujący zwalił się na podłogę jak kłoda, z nożem w piersi. Kapitan zwrócił się
do swego jedynego już towarzysza.
    - Ja decyduję, co się najlepiej opłaca Jego Królewskiej Mości -
powiedział. - Zrozumiano?
    Drugiemu sardaukarowi opadły ramiona.
    - Rzuć broń - powiedział kapitan.
    Sardaukar usłuchał. Kapitan zwrócił się znów do Paula.
    - Zabiłem dla ciebie przyjaciela - rzekł. - Nie zapomnijmy o
tym.
    - Jesteś moim jeńcem - powiedział Paul. - Poddałeś się mnie.
Czy żyjesz, czy nie,. jest to bez znaczenia.
    Skinął na swoją gwardię, by zabrano - obu sardaukarów, i
przywołał gestem porucznika. Wkroczyła straż - i pognała sardaukarów. Paul
nachylił się do swego porucznika.
    - Muad'Dibie - powiedział przywołany - zawiodłem cię w...
    - To ja zawiodłem. Korba - przerwał Paul. - Powinienem cię
ostrzec, czego szukać. W przyszłości obszukując sardaukarów pamiętaj o tym.
Pamiętaj również, że każdy ma kilka sztucznych paznokci u nogi, które w
połączeniu z innymi przedmiotami ukrytymi na ciele tworzą sprawny nadajnik. I
niejeden sztuczny ząb. We włosach noszą zwoje szigastruny - tak cienkiej, że
ledwo ją można wykryć, a jednak wystarczająco mocnej do zgarotowania człowieka i
obcięcia mu głowy przy okazji tej czynności. Mając do czynienia z sardaukarami,
musisz ich wziąć pod lupę i prześwietlić zarówno, promieniami nieprzenikliwymi,
jak i twardymi - i wystrzyc im każdą kępkę włosów na ciele. A kiedy skończysz,
bądź pewien, że nie odkryłeś wszystkiego.
    Podniósł oczy na Gurneya, który podszedł blisko przysłuchując
się.
    - Zatem najlepiej zrobimy zabijając ich - powiedział porucznik.

    Paul pokręcił głową, nadal spoglądając na Gurneya.
    - Nie. Chcę, żeby uciekli.
    Gurney wybałuszył na niego oczy.
    - Sire... - szepnie.
    - Tak?
    - Twój człowiek ma rację. Każ zabić owych jeńców natychmiast.
Zniszcz po nich wszelkie ślady. Zhańbiłeś sardaukarów imperialnych! Kiedy to
dotrze do Imperatora, to nie spocznie on, dopóki nie upiecze cię żywcem na
wolnym ogniu.
    - Imperator nie ma szans na zdobycie takiej władzy nade mną -
powiedział Paul. Mówił chłodno, cedząc: słowa. Coś się w nim dokonało, kiedy
stał twarzą w twarz z sardaukarem. W jego świadomości zsumował się wynik ogólny
decyzji.
    - Gurney - spytał - dużo Gildian kręci się przy Rabbanie?
    Gurney wyprostował się, zwęziły mu się oczy.
    - Twoje pytanie nie ma żadnego...
    - Dużo? - uciął Paul.
    - Arrakis roi się od agentów Gildii. Kupują przyprawę, jakby to
była najcenniejsza rzecz we wszechświecie. A dlaczego innego zapuściliśmy się
tak daleko w głąb...
    - To jest najcenniejsza rzecz we wszechświecie - powiedział
Paul. - Dla nich. - Spojrzał w stronę Stilgara i Chani, zbliżających się właśnie
przez salę. - I my mamy to w ręku, Gurney.
    - Harkonnenowie mają to w ręku - zaprotestował Gurney.
    - Ci, co mogą coś zniszczyć, mają to w ręku - powiedział Paul.

    Machnięciem dłoni uciszył dalsze uwagi Gurneya i skinął głową
Stilgarowi, który stanął przed Paulem razem z Chani. Paul wziął w lewą rękę
sardaukarski. nóż i podał go Stilgarowi.
    - Żyjesz dla dobra plemienia - powiedział. - Czy przelałbyś tym
nożem moją krew?
    - Dla dobra plemienia - warknął Stilgar.,
    - Zatem użyj tego noża - rzekł Paul.
    - Rzucasz mi wyzwanie? - zapytał Stilgar.
    - Jeśli to zrobię - odparł Paul - stanę bez broni i dam ci się
zabić.
    Stilgar ze świstem wciągnął powietrze.
    - Usul! - odezwała się Chani, po czym zerknęła na Gurneya i
znów na Paula.
    Podczas gdy Stilgar ciągle rozważał jego słowa, Paul
powiedział:
    - Tyś jest Stilgar, wojownik, kiedy sardaukarzy wszczęli tutaj
bój, nie było cię na pierwszej linii. Twoją pierwszą myślą było ratować Chani.

    - Jest moją bratanicą - powiedział Stilgar. - Gdyby istniał
choć cień wątpliwości, czy twoi fedajkini załatwią tę hołotę...
    - Dlaczego najpierw pomyślałeś o Chani? - zapytał Paul.
    - Nie pomyślałem!,
    - Czyżby?
    - Myślałem o tobie - wyznał Stilgar.
    - Czy uważasz, że mógłbyś podnieść na mnie rękę? - rapytał
Paul.
    - Taki jest zwyczaj - zamruczał Stilgar.
    - Zwyczaj każe zabijać pozaświatowych przybłędów napotkanych w
pustyni i brać ich wodę jako dar od Shai - huluda - powiedział Paul. - A jednak
pewnej nocy ty zachowałeś przy życiu takich dwoje, moją matkę i mnie.
    Stilgar milczał, drżąc i pożerając go oczami, zaś Paul dodał:

    - Zwyczaje się zmieniają, Stil. Ty sam je zmieniłeś.
    Stilgar spuścił wzrok na żółte godło noża, który trzymał w
ręku.
    - Kiedy będę księciem w Arrakin, z Chani u boku, myślisz, że
będę miał czas zajmować się każdym drobiazgiem zarządzania siczą Tabr? - zapytał
Paul. - Czy ty sam zajmujesz się wewnętrznymi sprawami każdej rodziny?
    Stilgar nie odrywaj oczu od noża.
    - Myślisz, że pragnę odciąć sobie prawe ramię? - zapytał Paul.
- Powoli Stilgar podniósł na niego oczy. - Ciebie! - rzekł Paul. - Myślisz, że
mógłbym pozbawić siebie czy plemię twej mądrości i siły?
    Stilgar powiedział cicho:
    - Młodego człowieka z mego plemienia, którego imię jest mi
znane, tego młodego człowieka mógłbym zabić na ubitej ziemi, z woli Shai -
huluda. Lisana al - Gaiba nie jestem w stanie skrzywdzić. Wiedziałeś o tym
wręczając mi ten nóż.
    - Wiedziałem - przyznał Paul.
    Stilgar otworzył dłoń. Nóż brzęknął o kamień podłogi.
    - Zwyczaje się zmieniają - powiedział.
    - Chani - rzekł Paul - udaj się do mojej matki i przyślij ją
tutaj, żeby posłużyła radą w...
    - Ale mówiłeś, że pojedziemy na południe! - zaprotestowała.

    - Nie miałem racji - odrzekł. - Harkonnenowie są gdzie indziej.
Wojna jest gdzie indziej.
    Westchnęła głęboko, godząc się z tym jak kobieta pustynna
poddaje się wszystkiemu, co nieuniknione pomiędzy kowadłem życia a młotem
śmierci.
    - Przekażesz mojej matce wiadomość przeznaczoną tylko dla jej
uszu - rzekł Paul. - Powiesz jej, że Stilgar uznaje mnie za swojego księcia ma
Arrakis, ale musimy znaleźć sposób zmuszenia młodych ludzi, by zgodzili się na
to bez pojedynku.
    Chani spojrzała na Stilgara.
    - Rób, jak on mówi - warknął Stilgar. - Oboje wiemy, że dałby
mi radę... a ja nie dałbym rady podnieść na niego ręki... dla dobra plemienia.

    - Przywiozę twoją matkę - powiedziała Chani.
    - Przyślij ją - rzekł Paul. - Instynkt nie omylił Stilgara.
Jestem silniejszy, kiedy ty jesteś bezpieczna. Zostaniesz w siczy.
    Otworzyła usta, by zaoponować, ale zrezygnowała.
    - Sihaja - rzekł Paul, używając imienia, jakim nazywał ją,
kiedy byli we dwoje. Obrócił się w prawo na pięcie, napotykając płonące oczy
Gurneya.
    - Twoja matka - powiedział Gurney.
    - Idaho wyratował nas w noc napaści - rzekł Paul, zaabsorbowany
rozłąką z Chani. - W tej chwili musimy...
    - Co z Duncanem Idaho, mój panie? - zapytał Gurney.
    - Zginął, zyskując dla nas chwilę czasu na ucieczkę.
    Czarownica żyje! - myślał Gurney. - Ta, której poprzysiągłem
zemstę, żyje! I widać jak na dłoni, że książę Paul nie wie, co za stwór go
zrodził. Siostra diabła!
    Wydała Harkonnenom jego rodzonego ojca!
    Paul wyminął go i wskoczył na występ. Obejrzał się
spostrzegając, że usunięto rannych i zabitych, i pomyślał z goryczą, że oto jest
następny rozdział legendy o Paulu Muad'Dibie. Nawet nie dobyłem noża, a mówić
będą o tym dniu, że dwudziestu sardaukarów padło tu z mojej ręki.
    Gurney podążał za Stilgarem nie wyczuwając nawet gruntu, po
którym stąpał. Jaskinię wraz z jej żółtym blaskiem kuł świętojańskich wyparła z
jego świadomości wściekłość. Czarowniea żyje, podczas gdy z tych, których
zdradziła, pozostały kości w opuszczonych grobach. Muszę znaleźć sposób, żeby
Paul poznał prawdę, zanim ją zabiję.

następny   






Powered by WordPress, © aretse